Zaloguj

Recenzje

Jesteś tutaj:Gorehound>Filmy>Recenzje>"Detektyw" - recenzja

"Detektyw" - recenzja

  • Napisane przez Michał Fryderyk Lisewski
  • Dział: Recenzje
  • Czytany 835 razy
Oceń ten artykuł
(1 głos)

Zapraszamy was do recenzji głośnego serialu.

 

Kilka lat po wojnie

Ameryka Eisenhowera dokonywała wielkiego cywilizacyjnego skoku. Powszechnym dobrem stał się samochód (po jednym w garażu i na podjeździe), pralka (półautomat) i lodówka (z zamrażarką). W Europie, nie tylko wschodniej wciąż zbierano gruz, malowano szyldy, wstawiano okiennice. W USA ponad połowa gospodarstw domowych miała też telewizor. Przerażeni hollywoodzcy magnaci w obawie przed pustkami na salach kinowych zmienili nawet format produkowanych filmów.

Większość sal wciąż była własnością wytwórni. Na każdą premierę chodziło się do innego kina, gdyż nie wyświetlano filmów konkurencji. Jednocześnie rosły nakłady na kolejne produkcje. Telewizja jeszcze długo nie nadawała produkcji wysokobudżetowych. Na czarno-białych, kilkunasto calowych ekranach niewiele było widać.

Już przed wojną powstała formuła znana dziś jako serial. Nadawane w radiu słuchowiska przyciągały masy słuchaczy. Gdy telewizja zaczęła kręcić pierwsze seriale ich wartość artystyczna nie była nazbyt wielka, podobnie budżety. Swoje zrobiła konkurencja, nadawcy w walce o widza musieli szukać coraz bardziej niewybrednych fabuł, zadbać o technikalia, zatrudnić gwiazdy.

Emitowana w stacji HBO od 1999 roku „Rodzina Soprano” była pierwszym serialem po którym recenzenci wspólnie orzekli, że produkcja serialowa doścignęła wysokobudżetową produkcję filmową. Zwrócono uwagę na fakt, że w przeciwieństwie do filmu serialu nie wiążą szczególne limity czasowe, fabułę można kreować dowolnie, pożądana jest wręcz wielowątkowość. Widz ma dużo czasu na poznanie poszczególnych bohaterów, a wobec regularnej emisji może wręcz „zżyć” się z nimi.

 

Z bohaterami „True Detective” o żadnym „zżywaniu” nie może być mowy.

Powodów jest kilka. Ośmio odcinkowa formuła będzie kontynuowana, traktować jednak będzie o zupełnie innej sprawie, z zupełnie innym bohaterami. Twórca i scenarzysta projektu, Nic Pizzolatto zostawił sobie szereg otwartych furtek, a fani mogą się tylko domyślać co czeka ich w następnym sezonie.

Apetyty zaostrzył jednak znacznie. Historia dwójki detektywów badających sprawę morderstwa na amerykańskiej prowincji (Woody Harrelson i Matthew McConaughey) wciąga jak nałóg, od których dwójka bohaterów nie jest wcale wolna. Tegoroczny zdobywca Oscara to kolejny asumpt dla teorii, że telewizja już prześcignęła kino, które dziś żyje dzięki drogiemu popcornowi.

Grający dotychczas w mało wartościowych oglądajdłach McConaughey okazał się być artystą z krwi i kości, a jego potencjał dramatyczny nie budzi najmniejszych wątpliwości. Jego wycofany, nihilistyczny bohater tworzy pewne napięcie samą obecnością. Detektyw o duszy artysty i brudnej przeszłości lwią część fabuły wydaje się być nieludzki, odhumanizowany. Widz ma prawo zadać sobie kluczowe pytania co do jego tożsamości.

Inaczej sprawa ma się z granym przez Harrelsona „Martym” Hartem. Pozornie to tylko małomiasteczkowy Kojak, z małomiasteczkowymi ułomnościami. Problemy wychowawcze, alkohol, kobieta na boku. Banał? Nic z tych rzeczy. Kolejne szklaneczki, czy noc w alkowie sądowej maszynistki okazują się być jedyną metodą radzenia sobie z rzeczywistością.

Bohaterowie tworzą jakże różniący się duet, prócz sprawy brutalnego mordu niewiele między nimi wspólnych mianowników. W toku akcji okazuje się, jak bardzo się uzupełniają i... jak bardzo są sobie potrzebni.

 

Serial, który przerósł film.

Mamy więc telewizyjną produkcję ze świeżo-oscarowym aktorem, który najwyraźniej potrafi rozpoznać zmieniający się rynek i dostosować się doń. Ale to nie obsada pozwoliła „True Detective” rzucić rękawicę wszystkim wielkoekranowym kryminałom naszego stulecia. Reżyser Cary Joji Fukunaga położył wielki nacisk na walor estetyczny produkcji.

Mamy więc Luizjanę lat dziewięćdziesiątych. Znaczna część fabuły znajduje swe miejsce na mokradłach, pośród łąk, pod dachami walących się ruder. Widz niemal czuje jak cuchnie, czuje duchotę, chce odgarniać komary.

To nie jest Ameryka rodem z CSI, czy choćby Dextera. Tam zbrodnia dzieje się w całkiem ładnych okolicznościach przyrody, nowe samochody są umyte, a panie noszą makijaż. W kolejnych kadrach „True Detective” nie tylko zbaczających z drogi prawa oblepia brud. Zginilizna, symboliczna i dosłowna roi się gdy tylko partnerzy opuszczają gmach komisariatu.

Perfekcyjną grę świateł, znakomitą scenografię i obsadę ról drugoplanowych i epizodycznych koronuje słynna już scena z czwartego epizodu. Siedmiominutowe ujęcie, gdy detektyw „Rust” Cohle wprasza się z członkami motocyklowego gangu na strzelaninę to splunięcie w twarz całemu Hollywood i wszystkim specom od efektów specjalnych. Miast gigabajtów pamięci lepszy jest pomysł, zaangażowanie, zwłaszcza gdy obecny jest pierwiastek... perfekcji.

Skazy?

Można się ich doszukiwać w fabule. Dla niejednego widza rozczarowaniem okazuje się być zakończenie, jednak sami twórcy z góry asekurowali się twierdząc, że ich celem nie było nikogo zaskakiwać.

Wrażliwszych odstraszyć może ogólnie szorstka estetyka i takowe dialogi. Ja osobiście czepiałbym się co McConaughey robi w koszuli slim fit w '95 roku.

Kryminał? A może thriller?

Serial łączy w sobie kilka gatunków. Jest thrillerem kryminalnym, choć nie epatuje ani krwią, ani zaskakującymi zwrotami akcji. Jest dramatem psychologicznym, choć nie skupia się na niczyich wewnętrznych rozterkach. Jest wreszcie filmem sensacyjnym, choć nie ma tu jednego pościgu na ulicach.

Produkcja unika błędów innych, jak niepotrzebne wątki poboczne, czy bohaterowie „tak dla urozmaicenia”. Osiem odcinków tworzy kompletną całość, a po obejrzeniu ostatniego fabuła wydaje się być zaskakująco liniowa. Serial wykorzystuje, więc całą swą wrodzoną przewagę nad filmem pełnometrażowym.

Główną bronią „True Detective” jest niepokój. Niepokój, który ustaje.

OCENA: 9+/10

Polecamy

Zaloguj lub Załóż konto