Zaloguj

Recenzje

Jesteś tutaj:Gorehound>Gry>Recenzje>The Walking Dead Sezon 2 - recenzja pierwszych epizodów

The Walking Dead Sezon 2 - recenzja pierwszych epizodów

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Recenzja dwóch pierwszych epizodów The Walking Dead Sezon 2.

Clementine, nieporadna i bezbronna dziewczynka, którą zaopiekowaliśmy się już na samym początku pierwszego sezonu The Walking Dead, zdana była głównie na naszą pomoc, bez której nie przeżyłaby nawet kolejnych 10 minut. Jej dziecinna naiwność nie raz ściągała na nas kłopoty, nie do końca rozumiała zaatakowanego przez szwendaczy świata, nie miała instynktu przetrwania i większość rzeczy trzeba było jej spokojnie wytłumaczyć, jak... dziecku. Marzyła tylko o tym, by odnaleźć swoich rodziców. I to właśnie z nią nawiązałem największą więź, opieka nad nią i zapewnienie jej bezpieczeństwa zawsze była dla mnie priorytetem. Po zakończeniu pierwszego sezonu bardziej mnie smucił fakt pozostawienia Clem samej, niż moja własna śmierć. Jak ona miałaby sobie poradzić? Odpowiedzi doczekałem się przy okazji startu drugiego sezonu, gdy okazało się, że to Clementine będzie naszą główną postacią i powiem wam, że radzi sobie dziewczyna. I to całkiem nieźle.

No właśnie, dziewczyna. Clem to już nie to bezbronne i strachliwe dziecko, które znaliśmy. Jest starsza, da się zauważyć jej dużą pewność siebie, której zawsze jej brakowało i na pewno nie przypomina żadnej ze swoich rówieśniczek. W tym sezonie bardzo dużo o niej zależy, z początku ludzie niechętnie jej ufają i nie doceniają, a z czasem liczą się z każdym jej zdaniem i proszą o rady. Nie jesteśmy już kulą u nogi, mała naprawdę wzięła się za siebie i jest pełnoprawnym członkiem grupy.

Pierwszy odcinek Wszystko co pozostało od razu rzuca nas na głęboką wodę. Bez zbędnego owijania w bawełnę ludzie z Telltale od samego początku przypominają mam, że mamy do czynienia ze zniszczonym przez zarazę światem w którym nic nie jest pewne. Nie zabraknie na starcie wstrząsających momentów wymagających od nas podjęcia nie łatwej decyzji. Złapałem się na tym, że przed prawie każdym wyborem przed którym zostałem postawiony, głośno wzdychnąłem i zacisnąłem zęby. Takie decyzje muszą być podjęte praktycznie natychmiast, dodaje to realizmu i wczucia się w sytuacje. W takim świecie nie ma czasu na zastanawianie się nad właściwym wyborem, na wszystkie problemy trzeba reagować od razu. Właśnie, nigdy nie będzie pewności, że podjęta decyzja będzie właściwa i ja nie raz miałem ochotę cofnąć grę i zacząć jeszcze raz. Jednak zawsze grałem dalej, bo wiedziałem, że Clementine tak naprawdę nie miałaby drugiej szansy. Wybór pod presją sytuacji jest ostateczny i możemy się tylko zastanawiać „co by było gdyby…”.

Z drugiej strony jeszcze nie zauważyłem jakichś poważniejszych konsekwencji dokonanych przeze mnie wyborów. Nauczeni jesteśmy z pierwszego sezonu, że każde wypowiedziane przez nas słowo mogło zaważyć na całej grze i mogliśmy potem czegoś jeszcze długo żałować. Tutaj mam wrażenie, że niektóre moje wybory zaważyły co najwyżej na innej ścieżce dialogowej. Ale to dopiero dwa odcinki, więc to nie czas na ostateczne podsumowania.

W porównaniu z pierwszym sezonem można zauważyć, że zdecydowanie więcej jest elementów zręcznościowych, które wymagają od nas nie lada refleksu. Gra jest bardziej dynamiczna i dzieję się w niej o wiele więcej. Dość często atakują nas quick time eventy w których musimy w bardzo szybkim tempie naciskać po kolei odpowiednie klawisze. Nie jest to wcale łatwe, bo czasem trudno się zorientować, co dokładnie dzieję się na ekranie. Jednak gdy uda nam się wyjść cało z opresji, możemy w końcu wypuścić powietrze, które przez ostatnie dwie minuty trzymaliśmy w płucach. Nie jestem fanem quick time eventów, tym bardziej jeśli na reakcje mam mniej niż pół sekundy, i myślę, że w niektórych sytuacjach są one całkowicie zbędne. Rozumiem jeszcze QTE podczas walki, ale w zwykłej ucieczce przez las moglibyśmy już czynnie brać udział, bo ograniczenie się do klikania, w którą stronę Clementine ma skręcić, trochę za bardzo nam przypomina, że to tylko gra.

Sam gameplay pozostał bez zmian względem pierwszej części, chociaż interfejs przeszedł delikatny lifting i przypomina teraz ten z innej gry Telltale – Wolf Among Us. Nie do końca przypadło mi to do gustu, chociażby wybór naszych kwestii dialogowych jest teraz mniej czytelny. Sama gra nadal przechodzi się właściwie sama, a nasze działanie ograniczone jest jedynie do kliknięcia podświetlonego obiektu, wciśnięcia odpowiedniego klawisza i prowadzenia długich, emocjonujących dialogów. Nie ma sytuacji jak w klasycznych przygodówkach, gdzie możemy się zablokować bez pomysłu co robić dalej. The Walking Dead nie wymaga od nas główkowania i rozwiązywania zagadek. Jesteśmy prowadzeni za rękę i praktycznie, jesteśmy częścią interaktywnego filmu. Zastrzeżenie mam również do pracy kamery, która czasami jest ustawiona w najmniej logicznym miejscu i nie raz nie wiedziałem gdzie idę. Dobrym rozwiązaniem byłaby po prostu swobodna kamera, którą moglibyśmy obracać myszką.

Od pierwszego epizodu trafiamy do nowej grupy ludzi, o których jeszcze nic nie wiemy, a oni sami nie darzą nas zaufaniem. W końcu w ich oczach Clementine jest tylko dzieckiem. Ich stosunek do nas będzie się stopniowo zmieniać, jednak nasz stosunek do nich... trudno mi określić. Każdy członek naszej grupy jest inny, ma swój charakter, swoją historię i swoje tajemnice. Żaden z nich nie jest całkowicie dobry lub całkowicie zły, nie wiadomo czego można się po nich spodziewać i nie wiadomo kto tak naprawdę może być naszym przyjacielem. Pamiętacie obóz z pierwszego sezonu, w którym musieliśmy podzielić jedzenie wśród grupy? To był czas, w którym już wiedzieliśmy, komu chcemy pomóc, kogo najbardziej lubimy, a obok kogo przejdziemy obojętnie. Wiedziałem, że Kenny i jego rodzina na mnie liczy, że chce bliżej zaprzyjaźnić się z Carley, a Larry’emu najchętniej rozwaliłbym głowę kamieniem (co z przyjemnością zrobiłem w tym samym odcinku). Jeśli przed takim wyborem byłbym postawiony teraz, chyba sam bym zjadł cały zapas jedzenia, bo po prostu bym nie wiedział, do kogo podejść i szczerze przyznam, że nie potrafiłbym ich nawet teraz wymienić wszystkich z imienia. Postacie są bardzo dobrze nakreślone, jednak po prostu jeszcze ich nie znam i nie mogę sobie wyrobić zdania na temat żadnego z nich. Sama fabuła w pierwszym odcinku odgrywa dość małą rolę i nic tak naprawdę konkretnego się nie dzieje. Jesteśmy zagubieni i dopiero co próbujemy przekonać grupę, że potrafimy o siebie zadbać. Da się jednak wyczuć, że ludzie, których poznajemy, nie mówią nam wszystkiego, ukrywają się przed czymś lub kimś a my stajemy się częścią tej historii. Pierwszy odcinek to wstęp pełen emocjonujących wydarzeń, a nowa przygoda dopiero się zaczyna.

Drugi epizod Rozłam zaczyna nabierać tempa. Po raz pierwszy w tym sezonie poznajemy czarny charakter – człowieka imieniem Carver. Grupa, z którą obecnie przebywamy, uciekła od niego jeszcze zanim do niej dołączyliśmy i wciąż się przed nim ukrywa. Przed nami więc nie tylko próba znalezienia schronienia w ogóle ale i ucieczka przed niebezpiecznym facetem. Drugi odcinek łagodniej serwuje nam spotkania ze szwendaczami, dzięki czemu zdajemy sobie sprawę, że w tym świecie to nie zombie są naszym głównym przeciwnikiem, a drugi człowiek. Nie oznacza to jednak spadek napięcia i emocji, bo tego znajdziemy zdecydowanie więcej niż w poprzednim odcinku. Grupa docenia już naszą obecność i traktuje nas na równi z innymi, a każdy powoli się przed nami otwiera. Nadal nie pozwoliło mi to jednak na jednoznaczną ocenę moich towarzyszy, prowadząc dialogi próbuje być neutralny i trzymać dystans. W żadnym z nich nie widzę jeszcze kogoś, komu mógłbym w pełni zaufać. To uczucie niepewności tylko potęguje już wysokie napięcie, które panuje podczas gry, co nie pozwola nam ani na chwilę uśpić naszej czujności. Pisze to teraz jako mądry polak po szkodzie, bo staram się zawsze kreować pozytywną postać i pomagać innym, gdy sytuacja tego wymaga. Do teraz jestem na siebie zły jak mogłem być tak naiwny... nawet jak na Clementine.

Jak już wspomniałem, w tym odcinku zdecydowanie więcej się dzieje, zwiedzamy wiele lokacji i spotykamy nawet całą inną grupę ludzi, a w niej... starego znajomego. Co do samych postaci, zauważyłem, że kilka postaci jest wzorowanych na tych z serialu. Oprócz wyglądu nie mają z nimi nic wspólnego, ale to fajny smaczek. The Walking Dead przyzwyczaiło nas do tego, że każda spokojna sytuacja ciągnie za sobą katastrofę i tonę emocji. Najlepszym tego przykładem jest sytuacja w schronisku, gdzie ubieramy choinkę w świąteczne ozdoby, obok pali się w kominku, a cała grupa przygotowuję się do ciepłego obiadu. Przez 15 minut zapomniałem o niebezpieczeństwie, jakie na nas czeka na zewnątrz, a które to dało o sobie przypomnieć chwilę później i rzeczywistość dosłownie uderzyła mnie w twarz, a serce zaczęło bić jak szalone.

W pierwszym sezonie The Walking Dead najważniejszym zadaniem było przetrwanie. W drugim sezonie mamy konkretną historię z konkretnym czarnym charakterem, którego można z całego serca znienawidzić od pierwszych minut gry. Nie brakuje wstrząsających momentów, dialogów łapiących za serce i trudnych wyborów, przed którymi nie rzadko jesteśmy postawieni. Wszystko to bez zmian pozostało w naprawdę wysokiej formie, więc jeśli długo nie mogłeś dojść do siebie po skończonej przygodzie z pierwszego sezonu, to przygotuj się na ciąg dalszy. Ja już nie mogę się doczekać premiery trzeciego odcinka. Po prostu martwię się o Clementine.

 

Polecamy

Zaloguj lub Załóż konto